CHACZAPURI Z WIDOKIEM NA KAZBEK
autor: Katarzyna Borowiec
Niewielki kraj położony u stóp Kaukazu. Ojczyzna Stalina. Jedno z pierwszych chrześcijańskich państw na świecie. Kraina arbuzów i słonecznika. Rodzinne strony wina z granatów. Piękne zabytki, wynurzające się na północy góry, malownicze wybrzeże i przyjaźni mieszańcy. To może być tylko Gruzja.
Gruzińska mieszanka
Wysiadamy z marszrutki. A raczej wytaczamy się ociekając potem i marząc o przyzwoitej dawce chłodu. Królestwo za chwilę zimnego wytchnienia! Królestwa nie ma. Jest Tbilisi, nasze ciężkie plecaki i tłum taksówkarzy czający się na nas niczym chmara komarów w azjatyckiej dżungli. Krótkie, acz rzeczowe negocjacje i wraz z napotkaną parą Włochów podążamy rozlatującą się taksówką do naszego hotelu -do Iriny- chyba najbardziej znanego backpakersom miejsca noclegowego w Tbilisi. Ledwo wdrapujemy się na 3 piętro starej kamienicy w centrum miasta, a już czujemy się niemal jak w domu. U Iriny czekają na nas nie tylko inni podróżnicy Polacy. Nawet zdjęcie w pięknie oprawionej ramce wskazuje na to, że jesteśmy u „swoich”. Z fotografii zerkają na nas znane skądinąd twarze Lecha i Marii Kaczyńskich. No cóż, chyba nas Polaków, naprawdę tu w Gruzji lubią. A jak się jeszcze nie raz okaże, nazwisko „Kaczyński” może w Gruzji wiele, więc porzucamy wszelkie wyznawane opcje polityczne i otwarci na nowe czekamy na naszą gruzińską przygodę.
Worek ze różnościami otwiera przed nami już samo Tbilisi. Majestatyczne budowle obok rozpadających się, odrapanych kamienic to nierzadki widok na ulicach tego miasta. Przemierzamy je pieszo zaglądając w zakamarki przeszłości. Tuż za rogiem czai się nowoczesność, którą Tbilisi próbuje chłonąć z zachodu jak gąbka. Całe jednak szczęście, Gruzja nigdy Zachodem nie będzie. Bo wraz z nadejściem tego „lepszego świata” zniknęłaby bezpowrotnie magia starych kościołów, sprzedawców arbuzów na leniwych od słońca deptakach i gruziński duch miasta, który nie daje się okiełznać i wepchnąć w sztywne ramy Wielkiego Zachodu. Nasze pierwsze gruzińskie chaczapuri (rodzaj placka drożdżowego nadziewanego różnościami- w wersji najbardziej tradycyjnej zapiekany z serem) kupowane w maleńkiej piekarni zaostrza apetyt na więcej. Więcej w zakresie religii oferuje z całą pewnością Mccheta, położona zaledwie 30 km od stolicy. Mccheta to duchowe centrum kraju. Udajemy się do dwóch kościołów wpisanych na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO- Samtawro oraz Sweti Cchoweli (Drzewo Życia). Jednak 40 stopniowy upał sprawia, że nasze ambitne plany na więcej muszą ulec drastycznej weryfikacji. Reszta świątyń przegrywa z wizją odpoczynku w cieniu tarasu u naszych lokalnych gospodarzy.
Majestatyczny Kazbek

Kto chce spróbować swych sił w wędrówkach górskich trafił we właściwe miejsce. Wielki Kaukaz to cześć Gruzji. Tam też wiodą nasze stopy. A raczej marszrutki, czyli najpopularniejszy środek komunikacji w Gruzji. Kierowcy marszrutek, tudzież innych pojazdów to najczęściej Chołowczyc i Kubica w jednym. Prowadząca z Tbilisi do Kazbegi „Droga Wojenna” to jedynie 100km asfaltu (lub jego substytutów pod postacią żwiru, ubitego klepiska, dziur i wybojów), ale pokonanie tego niezwykle krętego odcina zajmuje ok. 3h. Nieważne są jednak trudy podróży i brak amortyzacji w gruzińskich pojazdach. Docierając do Kazbegi, mieściny położonej u stóp świętej dla Gruzinów góry Kazbek, czujemy początek prawdziwej przygody. Kazbek górujący nad całą okolicą co chwilę pojawia się i znika za zasłoną chmur. Docieramy na przełęcz pod kościołem Tsminida Sameba, gdzie rozbijamy naszą namiotową bazę noclegową. Nikt tu na szczęście nie zdążył jeszcze wytyczyć szlaków i postawić budek oferujących gorącą herbatę i kiełbaski z grilla, także kto chce bez tłoku turystów rozkoszować się dziką naturą Gruzji ten powinien wybrać się tu jak najszybciej. Z zielonymi wzgórzami za plecami i widokiem na strzeliste szczyty snujemy plany dalszych wędrówek. Wierzchołki gór rozpychają się aż po horyzont…
Trzy dni z Kazbekiem w tle to jedne z najpiękniejszych chwil podczas naszej wyprawy do kraju Stalina. Lodowiec Gergeti spadający ogromnym jęzorem w dół robi na nas niesamowite wrażenie. Tak samo jak potok, który musimy przekroczyć. Rano to jeszcze bułka z masłem (czy chaczapuri z serem). Po południu strumień zamienia się w dziką rzekę. Topniejące w ciągu dnia śniegi znacznie zwiększają siłę górskich potoków. Na Kazbek (5047 m) nie wchodzimy. Docieramy tylko do położonej na wysokości 3700m n.p.m. stacji meteorologicznej. Pobyt pod Kazbekiem dostarcza niesamowitych wrażeń. I spotkań. Z plecakiem wśród zwierząt, czyli witamy w Swanetii Równie pięknymi widokami co Kazbek raczy nas Swanetia, kraina położona przy granicy z pogrążoną wciąż walkami, niebezpieczną Abchazją. Jeszcze do niedawna na drodze z Kutaisi do Mestii grasowały bandy rozbójników, ale od 2 lat sytuacja już się uspokoiła. Co rejon to i inne osobliwości. Nam do Mestii udaje się dostać starą, czarną wołgą. Z jej niepowtarzalnym kierowcą oczywiście. Wołga powinna być towarem eksportowym na zachód. Jako samochód „rodzinny” mogłaby zrobić u nas naprawdę furorę. Do Mestii czarną wołgą ( auto osobowe, 4 drzwiowe) podróżuje łącznie 7 osób i 6 wielkich plecaków. Do tego spora dawka śmiechu i gruzińskie disko z radia- razem: 150 km niezapomnianej przygody. Kolejne góry, kolejna wioska i kolejne wyzwania przed nami. Mestia okazuje się bardziej „ucywilizowanym” miejscem, gdyż działa tu punkt informacji turystycznej, z informatorem mówiącym po angielsku. Informator i ulotki zaświadczające, że „szlak z Mestii do Mazerii przejdziemy w ciągu 8 godzin” okazują się mało wiarygodne. Do Mazerii idziemy 3 dni a rzekomy szlak, oznaczony z częstotliwością co 2 km gubimy średnio co 5 minut. Niemiłosierny upał – 300 st. C. Nie- co najmniej 500 st. C. Wleczemy się pod górę. Swanowie na wysokości Rys i Gerlacha wypasają świnie, byki, krowy i konie (sezonowo). To strasznie deprymujące, bo ledwo co weszliśmy w tym upale na te 2 tys, a tam jak gdyby nic świnie hasają pomachując ogonami… Czujemy się przytłoczeni i upokorzeni. Przejście wśród stada byków, które pasą się nieopodal na zboczu to już drobnostka. 2 tonowi towarzysze spoglądają na nas dziwnie… pewnie dlatego, że już planują wizytę w naszych namiotach. Jeden z nich postanowił w nocy zaskoczyć nas swą skromną byczą osobą. Otworzył namiot rogiem i zajrzał do środka. Niestety wcześniej nie zapukał. Kolejny nocleg tuż pod rosyjska granicą. Jedzenia coraz mniej (trasa miała zająć 8h). Krążące nad nami ptaki, to chyba sępy… już na nas czekają. Zaraz, zaraz… Sepy w tych okolicach? Hmmm… Żeby było bardziej swojsko, możemy się ostatecznie zgodzić na wersję bardziej słowiańską – rozdziobią nas kruki i wrony… Nie zjawia się jednak ani kruk, ani wrona ani żaden sęp. A kolejnego dnia podziwiamy piękną Ushbę ( 4700 m), mekkę wspinaczy. Potem znów wśród bydła co chwilę gubimy drogę. Mylą nas wydeptane przez zwierzęta ścieżki, które nagle się kończą. W końcu po 3 dniach niesamowitej wędrówki docieramy do Mazerii. Jak się okazuje, przygoda się jeszcze nie kończy.
Gościnność gruzińska to po prostu szaleństwo. Napotkani wieśniacy zapraszają nas do siebie. Nazwisko Kaczyński to w Gruzji słowo klucz, otwierające nam drogę do serc Gruzinów, więc niezależnie od wyznawanej opcji politycznej warto o nim w Gruzji pamiętać. Miejscowi goszczą nas wszystkim co mają. Podają piwo. Jak się kończy – wyciągają wino. Nie chcemy
sprawdzać, co wyciągną jak skończy się wino. Zgodnie z ich tradycją po toaście wino pije się do dna. A że nalane było do szklanek…. Przed padnięciem pod stół ratuje nas pyszne jedzenie- zupa, ser, chleb, galareta- wszystko własnego wyrobu.
Batumi, ach Batumi…
Zjeżdżamy z gór na południe. Po górskich atrakcjach wskazane jest nieco ochłonąć. W Gruzji chyba jednak się nie da. Nawet marszrutka to ciągłe spotkanie z niespodzianką. Do Batumi docieramy w piekarniku na kółkach. Marzymy o wodzie. Nie ma znaczenia- morze czy prysznic. Ważne, żeby było mokre. Wygrał prysznic. Morze na deser. Chociaż jest to raczej ciepła zupa. Kamienista plaża, luksusowy hotel i nadmorska promenada to chyba tyle, nad czym można by westchnąć z zachwytu. Znane z piosenki Batumi bardziej zaskakuje nas swoim chaosem i azjatyckim klimatem. Wszak stąd do Turcji to już tylko krótka wycieczka. Batumi, to tak, jak Tbilisi miasto kontrastów. W stolicy kraju wynika on jednak raczej z zaniedbań i zniszczeń czasu. Tutaj czuć zupełnie inna aurę. Z rzadkością trafiamy na ulice, na których jest asfalt. Nowoczesność łączy się z wszechogarniającą prowizorką. Ale to też ma swój urok. Tak jak gra świateł odległej burzy, którą podziwiamy tuż po zachodzie słońca nad morzem. Szkoda nam jednak czasu na Batumi więc spędzamy tu tylko jeden dzień. Dużo więcej niż na plaży dzieje się chyba na dworcu autobusowym, gdzie mieści się targ, na którym można kupić choćby tytoń na kilogramy albo skorzystać z usługi najprawdziwszego golibrody.
Vardzia- w labiryntach skalnego miasta
Do Vardzii docieramy 2 taksówkami z Borżomi. Wiezie nas dwóch niedowidzących emerytów, którzy na taksówkach dorabiają do niskiej w Gruzji emerytury. Jeden z nich ma do tego słabe serce, więc zanim na dobre ruszamy w drogę, wstępuje do domu po leki. Wszak 120 km drogi z przepaściami w górach może przyprawić o szybsze kołatanie serca, a nie chcielibyśmy po drodze wieźć trupa w bagażniku. Ślepy kierowca każe nam czytać znaki drogowe, bo on ich nie widzi… Szaleństwo! Ciekawe jak w zmroku dojedziemy do czegoś innego niż urwisko. Zapowiada się wieczór pełen wrażeń. Udało się! Już w ciemnościach wysiadamy w Vardzii i rozbijamy namioty. Rano budzimy się tuż nad skalnym miastem, którego w nocy w ciemnościach nie udało nam się dostrzec. Przez lata Vardzia była jednym z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej. W czasach swej świetności w XII w. Mogła pomieścić nawet 60 tys. ludzi. Skalne świątynie i komnaty, labirynty korytarzy, przejść i zaułków wydrążonych wprost na zboczu góry. Majstersztyk architektury.
Potem zostaje nam już tylko leżące przy granicy z Armenią Akalchiche. Największą atrakcją tego miejsca okazuje się nie stara twierdza, ani nie stary zniszczony przez trzęsienie ziemi kościół ale nasz niesamowity nocleg. Podróż ciągłych wrażeń i niespodzianek nie może w Gruzji zakończyć się inaczej, jak kolejnym zaskoczeniem. Śpimy… w burdelu. Przynajmniej blisko dworca, więc rano nie trzeba przemierzać dziesiątek ulic, żeby złapać marszrutkę. Z kranu nie leci woda – trzeba się polewać czerpiąc ze zbiornika-beczki, brak drzwi do łazienki. Do tego cerata, stare zasłony, metalowe łóżka- wszystko toporne, ależ jak piękne.
Nazajutrz żegnamy się z Gruzją i mkniemy w kierunku granicy z Armenią. Oddala się powoli to, co dało nam tyle radności i tyle niesamowitych wrażeń- piękne, ale groźne góry, soczyste arbuzy, pachnące chaczapuri, stare mistyczne cerkwie a przede wszystkim serdeczni i niezwykle otwarci ludzie. Ciekawe czym zaskoczy nas Armenia? Tak podobna, a jednak inna.

