Co robi świeżo upieczony żeglarz jachtowy? Otóż, kupuje kalosze i płynie na morze. Z pewnością niekoniecznie jest to reguła, ale w moim przypadku tak się sprawy potoczyły.
Ostatnio czytając relację z Long Walk Expediton natrafiłam na słowa Roberta Frosta „Z dwóch dróg wybieraj zawsze tą mniej uczęszczaną”. W praktyce wygląda to tak, że na tej mniej uczęszczanej drodze natrafia się na kamienie, które trzeba przerzucić, żeby moc przejechać lub np. na zaspę śnieżną przez którą trzeba się przekopać. Tak się zdarza
. Na mniej uczęszczanej drodze jest większe prawdopodobieństwo, że spotka nas coś nieoczekiwanego, choć niekoniecznie łatwego i przyjemnego. Każda bezpieczna, sprawdzona droga wieje nudą i wszyscy cierpiący na nieustanny głód przygody omijają taką szerokim łukiem. Pewnie dlatego moje kalosze nie pojawiły się na jachcie płynącym przez wody chorwackie tudzież greckie, ale pewnego dnia niepewnie weszły na pokład łódki zamierzającej przepłynąć Morze Irlandzkie i Celtyckie. Łódka starała się być dzielna, choć przeciekała i jęczała
przy każdym zderzeniu z większą falą tak żałośnie, jakby właśnie wpadła na górę lodową i kończyła swój żywot. My również staraliśmy się być dzielni. Z godnością przyjmowaliśmy na kark wodę wlewającą się przez okienko umieszczone w suficie bezpośrednio nad klozetem. Z radością wylewaliśmy wiadrami wodę z zęzy pod pokładem. A i chłopcy zajmujący kajutę rufową szybko przekonali się, że można spać w sztormiakach i gumowcach, a może raczej, że nie da się inaczej kiedy podczas snu woda na nos ciurkiem kapie. Tylko absurd sytuacji sięgał zenitu gdy po zejściu z wachty w suchych ubraniach, swoje sztormiaki specjalnie zakładali do snu. Na łodzi nie ma osób specjalnie uprzywilejowanych. Nieważne jest czy w domu pijasz rano kawę ze złotej filiżanki, czy też co miesiąc ledwo
starcza ci do pierwszego. Grafik wacht przy sterze i wacht kambuzowych (czyli kucharzenie) obejmuje wszystkich. Cała załoga podporządkowana jest jednej osobie czyli kapitanowi. Dwa pierwsze punkty regulaminu, żeglarskiego mówią: 1. Kapitan ma zawsze rację. 2. Jeżeli Kapitan nie ma racji patrz punkt pierwszy. I wszystko jasne! Problem może się pojawić, gdy w załodze nie brakuje rosłych mężczyzn, a kapitanem okazuje się piegowata Lady, licząca lat niespełna 23. To co cechuje dobrego kapitana to opanowanie i niedopuszczenie by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nieważne czy są to kilkumetrowe, sztormowe fale, zepsuty silnik czy wymęczona, marudząca załoga. Pani Kapitan jachtu Legend III łapała za ster gdy było najciężej, gdy inni walczyli z falami robiła im kanapki mimo, że wachty kambuzowe jej nie obejmowały i wdzięcznie, w mini spódniczce (wcale nie żartuję) dźwigała wiadra z wodą. Czasem spała. A propos spania to jest to często uprawiana czynność podczas rejsu. Załoga z przyjemnością układa się w pozycji horyzontalnej szczególnie gdy mocno buja. Przy większej fali w zasadzie cykl funkcjonowania na łódce wygląda mniej więcej tak: wachta – spanie- wachta – spanie. W międzyczasie pojawia się szybki posiłek i jeszcze szybsze jego zwrócenie morzu. I wcale nie chodzi tu o uprawianie jakiś zabobonnych czarów i składanie ofiar. Zasadniczo prawie wszyscy czuliśmy się jak na mocnym kacu, mimo że nic nie piliśmy. Jak już jesteśmy przy posiłkach to opowiem trochę o menu okrętowym. Na Legend III mieliśmy naprawdę
obfite zapasy i korzystaliśmy z nich…w portach. Podczas przelotów, szczególnie tych dłuższych największą popularność miały landrynki, gorące kubki i kisiel. Ten ostatni często lądował na koszulkach, ścianach i suficie. Czynności fizjologiczne na morzu to delikatna sprawa, a jeszcze delikatniejsza gdy zapcha się klozet. Żeby się nie zapchał, nie należy wrzucać do niego papieru toaletowego. Do tego służy kubełek stojący obok. W sytuacji sztormowej rezultat takiego działania jest taki, że zużyty papier swobodnie pływa sobie w wodzie zgromadzonej na podłodze i fruwa po całym kingstonie (czytaj: toalecie). Tym którym, takie widoki przyprawiają o mdłości – pamiętajmy, że dodatkowo cały czas buja i staramy się jakoś trzymać w pionie – polecam rufę jachtu. Korzystając z tej rady nie zapomnijcie przypiąć się pasami bezpieczeństwa i założyć sztormiak. Wrócę jeszcze do przyjemnego tematu jakim jest spanie. W trakcie rejsu nie ma tak, że w nocy śpimy, a sterujemy w dzień. Łódka nie śpi i sama nie popłynie. Podczas 2-3 dniowego przelotu jest pewne, że nasza wachta przypadnie wcześniej czy później na noc lub bardzo wczesne godziny poranne. Śpimy więc nie wtedy kiedy jest ciemno, ale wtedy gdy nie mamy wachty. Nocna wachta nie zawsze jest jak kara. Morze nocą hipnotyzuje. Fale, nawet te największe, w zupełnej ciemności mają w sobie jakieś magnetyzujące piękno.
Tak jak góry zimą, tak morze w nocy odkrywa swoją ciemną stronę, którą poznając jesteśmy bliżej żywiołu z którym się zmierzamy. Wschód słońca na spokojnym morzu to poezja sama w sobie. Jaka jest różnica w starowaniu za dnia i w nocy? W ciągu dnia, żeby utrzymać kurs wybieramy sobie np. jakąś chmurę i staramy się utrzymać położenie łodzi względem niej, kontrolując od czasu do czasu kurs na kompasie. W nocy rolę chmury pełnią gwiazdy. Nie zawsze to jest oczywiście takie proste. W pogotowiu na pokładzie zawsze mamy arsenał specjalistycznej aparatury, a w miarę zbierania doświadczenia 6 zmysł, który podpowiada jak płynąć. Po pewnym czasie żeglarz uczy się słuchać morze, a morze łatwiej mu się poddaje. W nocy stałą czynnością jest także obserwowanie świateł innych jednostek pływających. Na ich podstawie jesteśmy w stanie określić jak duży statek się do nas zbliża, która burtą jest do nas ustawiony i czy go miniemy od strony rufy czy dziobu. Morze to nie autostrada. Od czasu do czasu pojawiał się na naszej drodze jakiś tankowiec lub inny statek transportowy. Innych jachtów było jak na lekarstwo, a to dlatego, że było już po sezonie i do tego nieźle wiało. Zasadniczo z portów w Irlandii nie wypływa się przy wietrze 6 w skali Beauforta i wyższej. My w dzienniku pokładowym zanotowaliśmy w sumie 40 godzin w takich warunkach, z czego nie raz powiało 8 w porywach do 9 czyli mieliśmy regularny Gale. Zdarzało się jednak, że nasza mała
jednostka zostawała otoczona z każdej strony napierającymi światłami innych statków i podnosiło się ciśnienie krwi sternika. Taka sytuacja miała miejsce np. gdy przepływaliśmy koło platformy wiertniczej i wokół niej kręciło się wiele statków „zwiadowczych”. Zdarzyło się także, że zostaliśmy otoczeni przez delfiny, co spowodowało prawdziwy rwetes na pokładzie i wystrzał drzemiących w nas talentów fotografii animalistycznej. Każdy żeglarz od czasu do czasu zawija do portu żeby się porządnie najeść, wykąpać, wysuszyć wszystko co w łodzi zamokło (czyli niemal wszystko) i naprawić wszystko co się w niej zepsuło (czyli niemal wszystko). Prysznic w porcie dostarcza wielu wrażeń. Pierwszym wrażeniem jest odkrycie, że nadal buja mimo że stoimy na stałym lądzie (pomaga trzymanie się ściany). Drugim jest radość, że woda która na nas się leje nie jest słona i zaczynamy ładnie pachnieć. Trzecim, dostępnym tylko w Irlandii Północnej są oddzielne krany z ciepłą i zimną wodą . Czwartym, jest
odkrycie, że prysznic nie działa i może będzie działał w dniu następnym. W portach można też zaczerpnąć trochę kultury i pozwiedzać. Irlandia to kraj w którym rodzi się wyjątkowo dużo rudzielców. Jako posiadaczka tego pięknego koloru włosów wtapiałam się w tłum. Skutkowało to tym, że co rusz zaczepiali mnie przez turyści i pytali o drogę. Zwiedzając, można zahaczyć o portową tawernę. Na miejscowe piwo trzeba chwilę poczekać. Good Things Come to Those Who Wait W końcu morski rejs to także i takie przyjemności
.
Autor: Magdalena Jarocka

