Zimowe Karkonosze

Fotografie: Jarek „Dziku” Jóźwicki

 

 

Śnieg w Karkonoszach

autor: Joanna Dyrka

Zdobyliśmy razem z Marcinem Śnieżkę. Śnieżka była w śnieżycy, a podejście w świeżym śniegu. Tak, to był wyjazd mocno śniegowy. A wszystko zaczęło się w pewien piątek, który ja odpracowałam w jakąś sobotę, a Marcin dookreślił w pracy jako urlop. Na całe szczęście udało mi się obudzić telefonicznie mojego górskiego kompana (przyzwyczaiłam się już do niedziałających w kluczowych momentach budzików moich kumpli). Ale do rzeczy! Wstaliśmy, udało nam się spotkać na dworcu przed odjazdem „naszego” autobusu – połowa sukcesu. Druga połowa miała zostać skonsumowana po naszym przyjeździe do Kowar. A tam…
Przywitani zostaliśmy przez lokalną babcię pełnym dezaprobaty okrzykiem („Bogaci prywaciarze! Zwariowali! W góry! W taką pogodę!”). Nie do końca wiemy, co przesądziło o naszym wizerunku prywaciarzy i to w dodatku bogatych, jednak niezrażeni poszliśmy sobie dalej.
Podejście na Przełęcz Okraj odbyło się nieprzetartym szlakiem (momentami wpadaliśmy w biel śniegu po pas), dalej chwila „chilloutu”, by w końcu za Sowią Przełęczą szlak przydusił nas śniegiem, brakiem oznaczeń i nadciągającą nocą. To oznaczało niestety wycof do Chatki „Jelenka” i smutną akceptację zaporowej ceny za nocleg. Później piwko na pół, długa kąpiel (skoro już zapłaciliśmy), wreszcie sen. O poranku Czeski Azjata (wyglądał jak skrzyżowanie Chińczyka w Eskimosem, ale mówił po czesku) odkopał nam wyjście ze schroniska i pożegnał. Wyglądało to dość groteskowo – trzy metry odkopanej ścieżki donikąd, a raczej do śniegu po uda (o ile stoi się na małym świerczku). Cóż, dalej po prostu się przedzieraliśmy (torowanie MUSI jednak wyglądać bardziej profesjonalnie). Ponowny atak czerwonym szlakiem okazał się beznadziejny. Kompromis – idziemy zielonym, po czeskiej stronie. Nie było łatwo. Z czasem opanowaliśmy jednak taktykę następującą:
1. Zrób kilka kroków.
2. Znienacka postaw stopę „nie na świerczku” i zapadnij się po pas.
3. Werbalnie wyładuj swoją frustrację.
4. Wygrzeb się skutecznie (w żadnym wypadku nie wpadaj po ramiona podczas nieudanej próby wypełznięcia na powierzchnię).
5. Powróć do punktu pierwszego.
Dodatkowa rada: pod żadnym pozorem nie słuchaj czeskich nartobiegaczy, ani nikogo, kto każe ci wracać!!! (Olewamy stwierdzenia w stylu: „Dalej jest tylko gorzej!” czy „Szaleni ludzie bez nart, zawracajcie!”). Tutaj warto przytoczyć pamiętny dialog pomiędzy mną a przygodnym Czechem (który, udzielając mi rad, łypał na mnie z góry, stojąc sobie na powierzchni śniegu, uzbrojony w biegówki, ja natomiast zadzierałam głowę, zapadnięta w śniegu po kolana):
Zawracaj, droga na Śnieżkę jest bardzo ciężka.
Dużo głębokiego śniegu?
Nie, to nie śnieg… LÓD!
To dobrze. Ja wolę lód!
Wygrzebałam  ze śniegu jedną nogę, pokazując buty trekkingowe. Czech zrozumiał. Tak, później było już tylko… lepiej! Mocno zmrożony śnieg, miejscami lód. Wiatr próbujący przewrócić na ziemię jakoś nam nie przeszkadzał. No, może odrobinę uprzykrzał życie Marcinowi, który zabrał na wyjazd bawełniane rękawiczki z okazałą dziurą na palcu, które najpierw przemokły, a potem zamarzły (w sumie podobnie, jak moje bawełniane bojówki, wprawdzie osłonięte stuptutami, jednak tylko do kolan). Naczytawszy się książek o Himalajach, martwiłam się o jego palce. Oczyma wyobraźni widziałam je raczej w czarnych barwach (dosłownie i w przenośni) – odmrożone. Nie do końca mi to pasowało, zwłaszcza, że Marcin był już wtedy moim stałym partnerem wspinaczkowym. Pożyczyłam mu jednak na trochę swoje narciarskie rękawice, sama zakładając zapasowe polarowe, a pod spód cienkie, bawełniane (może nie miałam spodni na zmianę, ale rękawiczek zabrałam w góry trzy pary!). Już po chwili straciłam czucie w palcach i szłam tak trochę, zachodząc w głowę, jak Marcin dał tak radę pół dnia! Tymczasem jednak mój kompan ogrzał ręce i po jakimś czasie zamieniliśmy się rękawiczkami z powrotem. Najważniejsze jednak, że MOGLIŚMY IŚĆ! Nie zapadaliśmy się! Wprawdzie szliśmy momentami zgięci wpół, opierając się na wbitych w zlodowaciały śnieg kijkach, ale w porównaniu z wcześniejszym zapadaniem się po pas -byliśmy w luksusowej sytuacji. Niedługo później znaleźliśmy się w latającym spodku, który wylądował na szczycie naszej upragnionej  Góry. Bar zaopatrzony jak najlepsza knajpa we Wrocławiu… Jakaś abstrakcja! Prawie dwie godziny siedzenia na piecu :) Grzane piwo z sokiem imbirowym. Rozprężenie.
W końcu zaczęliśmy się zbierać do dalszej drogi. Wtedy pojawił się jegomość o niebiańskiej ksywie, cały w profesjonalnych ciuchach, jednak trochę zmęczony. Poprosił, byśmy na niego zaczekali. Siedzieliśmy więc  dalej, podczas gdy na zewnątrz zapadał zmrok. Nowy znajomy, popijając herbatę, namawiał na ominięcie dwóch schronisk i zejście aż do Samotni. Daliśmy się podpuścić. Było warto. Razem zeszliśmy na Równię pod Śnieżką, obrzuciliśmy odrobinę pogardliwym spojrzeniem Dom Śląski. Ruszyliśmy dalej. Była już noc. Szlak przetarty, w dodatku śnieg ścięty mocniejszym, wieczornym przymrozkiem. Warunki jak marzenie! Dwukrotnie wpadłam w dziurę po czyimś nieostrożnym kroku, co zmotywowało mnie do wygrzebania z plecaka czołówki. Chłopaków też. Przez kilka minut byliśmy trzema maleńkimi światełkami wśród nocnego bezkresu gór. Śnieg był coraz bardziej zmrożony, ułatwiając nam ten nieco romantyczny nocny spacer. Obejrzeliśmy wschód Księżyca i przy zgaszonych już latarkach szliśmy spokojnie w jego zimnym blasku. Strzechę Akademicką najpierw zwietrzyłam, zobaczyłam dopiero po chwili. Dym wyraźnie zdradzał jej bliskość, zanim stała się dla mnie widoczna. Chwilę później zanurzyliśmy się w lesie, by w końcu dotrzeć do zejścia w Kocioł Małego Stawu. Długo stałam i patrzyłam na Samotnię, dostojne skały okalające zamarznięty staw i gwiazdy ponad tym wszystkim. O dziwo, nie doszukałam się w tym widoku ani grama kiczu (zmęczenie robi swoje…). W końcu zbiegłam ostatnie parę metrów, do schroniska.
Szybkie zameldowanie się w recepcji i już pochłanialiśmy zasłużony posiłek. Wieczór spędziliśmy w miłym towarzystwie znajomych Marcina, którzy mieszkali w Samotni z racji szkolenia jazdy na ski-tourach. Poranek był bolesny. Zakwasy. Jednak w końcu (jako ostatni) zwlekliśmy się z łóżek, zjedliśmy śniadanie w przepięknej jadalni z jeszcze piękniejszym widokiem i po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć przed schroniskiem – ruszyliśmy w dół. Szliśmy ubitą śnieżną „autostradą” i strasznie żal nam było, że to już koniec. Przekonywaliśmy się jednak wzajemnie, że już trzeba, że następnego dnia do pracy. Przy pierwszej możliwości odbicia w górę – zrobiliśmy to! Wykradliśmy dwie godzinki na małą wycieczkę na Pielgrzymy. Wdrapaliśmy się na skałki, by posiedzieć w słońcu i spałaszować czekoladę. Później już tylko marszobieg w dół. Widok Kościółka Wang przekonał boleśnie, że pora wrócić do codzienności.
Kiedy szliśmy nocą do Samotni, nasz nowy znajomy oświadczył, że podobno zima w górach odróżnia prawdziwych mężczyzn od chłopców. Nie zdążyłam obśmiać jego samouwielbienia, gdy Marcin odparował: „Taaak, i prawdziwe damy od dziewczynek…?” Nie wpadłabym na to, że przedzieranie się przez śnieg może mnie uczynić damą. Ale skoro tak…