Ekipa: Magda. Małgosia, Mateusz & Marcin
Czas: 13-15 sierpień 2011
Moja lewa pięta instynktownie wyczuwa zbliżające się długie weekendy. Zna też ten mój specyficzny rodzaj przygnębienia charakterystyczny dla zbyt długiego zasiedzenia w mieście. Cóż w końcu znamy się już te dwadzieścia kilka lat. W takich chwilach zaczyna intensywnie swędzieć. To dosyć przykra dolegliwość, na którą pomaga tylko bieganie po górach
I tak przed długim weekendem sierpniowym jak zwykle dała o sobie znać. Cóż miałam zrobić? Pięta każe, sługa musi!
Jakoś nie miałam jednak za bardzo pomysłu gdzie jechać i z kim, a po ostatnich niefortunnych przygodach z samotnej wędrówki po Górach Orlickich i Bystrzyckich, nie bardzo też miałam ochoty wybierać się sama. W czwartkowy wieczór naskrobałam anons na forum górskim: szukam ekipy w góry. Pojadę gdziekolwiek – Tatry, Pieniny, Sudety… i w piątek miałam już ekipę MMMM-sów. Pierwsza była Małgosia. Potem pojawił się Marcin i Mateusz…i ja tj. Magda.

Chłopaków zwerbowała Gosia, choć z pewną rezerwą podeszła do tematu czy zabierać ze sobą nieznanych mężczyzn.
- Brać, kobieto brać! – starałam się sprowadzić jej myśli na właściwą drogę – przed niedźwiedziami obronią, drzewa narąbią, przez wartki strumień przeniosą…
Dzięki sile tych rozsądnych, życiowych argumentów dała się przekonać.
Sobota, 05.45 rano, Dworzec PKS we Wrocławiu. Szukamy się. Zadanie niełatwe bo w końcu widzimy się po raz pierwszy. Ja dołączam jako ostatnia. Patrzę po twarzach. Jest dobrze. Na każdej maluje się, mimo wczesnego ranka, szeroki rogal. W plecakach wszystko to co niezbędne do przeżycia przez trzy dni z dala od cywilizacji. Jedziemy. Rozmowy pociągowe schodzą na wcześniejsze górskie wypady. Wiem, że Gosia zabrała się niedawno za realizację Korony Polski. Ta wycieczka też ma na celu dopisanie do listy kilku kolejnych szczytów. W planie mamy Śnieżnik, Rudawiec i Kowadło. Ale drążę temat i próbuję się dowiedzieć o motywacje zabrania się do projektu.
- Nie wiem czy znasz takiego Dzika – Gosia zaczyna opowiadać historię, a mi już na jej początku uwaga się wyostrza, ale daję jej dokończyć – byłam kiedyś na jego prezentacji „Korona Europy” i to ona mnie zainspirowała. Na te wyższe góry też mam chęci, ale postanowiłam zacząć od polskich gór.
To Ci dopiero heca! Z Dzikiem w końcu i po górach Bałkanów się chodziło i po Alpach i Dolomitach i na koniec Europy na Ural Subpolarny też się pojechało…polskie góry zresztą też się przeszło, a nawet plakat na prezentację „Korona Europy” się zrobiło, a tu taka miła niespodzianka. Zawsze to powtarzam jak mantrę,
więc powtórzę jeszcze raz: Świat się kurczy coraz bardziej.
Na dworcu w Międzylesiu nie musimy nawet podjąć próby odnalezienia właściwej drogi. Jakiś miły pan z własnej woli, o nic nie pytany wskazuje nam drogę do miasta. Inny ofiaruje podwiezienie. Nie pierwszy raz odnoszę wrażenie, że w krajobraz małych dworców wpisani są ludzie chętni do pomocy każdemu zbłąkanemu wędrowcy. Tylko dlaczego mnie to dziwi? To chyba skażenie znieczulicą wielkiego miasta powoduje, że każdy przejaw bezinteresownej dobroci wydaje się dziwny, a co najmniej zwraca uwagę jako coś wyjątkowego. Czekamy jeszcze na Marcina. Zgubił się gdzieś w korytarzach dworca w poszukiwaniu kogoś kto przybije mu pieczątkę w książeczkę PTTK. Kolekcjonuje je… . Jest przodownikiem sudeckim. Na razie tyle o nim wiem. Decydujemy się podążać cały czas szlakiem granicznym i dojść tak daleko na ile czas nam pozwoli. Generalnie bez ciśnienia. W centrum Międzylesia zatrzymujemy się przy sklepie spożywczym bo Marcin znowu postanawia zapolować na pieczątkę. Ruszamy na szlak. Pogoda nam nie sprzyja. Z nieba siąpi deszcz. Dosłownie pływamy w błocie. Co jakiś czas słychać odgłos głośnego mlaśnięcia. To dźwięk jaki wydają buty pochłaniane w całości przez błotną kałużę. Za Sikornikiem mijamy posadzoną na środku pola solidną ambonę. Z innych relacji wiem, że można w niej przenocować, ale 11 przed południem nie jest porą na drzemkę. Przechodzimy przez Trójmorski Wierch. Wreszcie przestaje padać. Na Małym Śnieżniku robi się już całkiem ładnie. Marcin wyciąga z plecaka pierwszy skarb. A właściwie dwa skarby – puszeczki piwka. Stwierdzamy, że zupełnie bez sensu, żeby je dalej dźwigał i pomagamy mu je opróżnić. Mijane po drodze jagody robią się coraz większe i większe….i wcale nie jest to efekt wypitych browaków
Coraz częściej zatrzymujemy się na popas, o czym świadczy nie tylko wydłużający się czas naszego marszu, ale i coraz bardziej fioletowe języki. W pewnym momencie zauważamy, że gdzieś zgubił się Mateusz. Wołamy. Nic. Próbujemy się dodzwonić. Nic. Rozglądamy się. Mateusza nie ma. Nie ma też szlaku. Kurcze tak to jest jak idzie się z nosem utkwionym w ziemi (czytaj: w jagodach) i gada. Myśleliśmy, że zgubił się Mateusz, a to my zabłądziliśmy. Ruszam na zwiady i po kilku minutach dochodzę do szlaku rowerowego. Gosi udaje się dodzwonić do Mateo i niedługo znów nasza czwórka jest w komplecie. Do Schroniska pod Śnieżnikiem docieramy już poważnie głodni. Mając w pamięci rewelacyjne, biszkoptowe naleśniki z Chatki Górzystów w Górach Izerskich zamawiamy wszyscy po porcyjce. Miny nam rzedną gdy dostajemy suche, cienkie płatki naleśników w które upchane są jagody, których tonę już zjedliśmy zresztą za darmo po drodze. A gdzie puszysta puszystość? A gdzie serek? A gdzie śmietanka? Ze zmęczenia nawet czeskie piwo (o zgrozo!) nam nie wchodzi. Idziemy spać. A przynajmniej próbujemy. Za drzwiami impreza wre. Co jakiś czas do pokoju wpada nabzdryngolony kolo zapalając światło. Leżąc na górze piętrowego łózka mam cudowny widok na męską łazienkę. Panowie wychodzący spod pryszniców szczerzą do mnie zęby mając jeszcze większą z tego radochę niż ja. Rano śniadanko z widokiem na góry (a na cóż by innego?
. Mateusz pałaszuje wafle ryżowe. Ograniczając wagę plecaka zabrał oprócz Snikersów tylko te wafle. Za to w dużej ilości.
Niedługo potem, pamiętając o obowiązkowej garści jagód po drodze, rześkim krokiem wkraczamy na Śnieżnik. Robimy foty: na szczycie, pod drogowskazem, pod słoniem tj. z przodu słonia, z tylu słonia, z lewej i z prawej. Schodzimy. Mijamy chatkę czeskiej służby górskiej. Obok niej jest źródełko więc można wody nabrać. Schodząc z czerwonego szlaku na zielony dziwnie nam się droga znów kieruje ku górze, ale pięknie jest, więc za bardzo na to uwagi nie zwracamy. Są też jagody niespotykanej wcześniej wielkości i smaku.
- Ej…na słupkach granicznych mamy oznaczenie polskiej strony po prawej, a powinniśmy mieć po lewej, znowu idziemy na Śnieżnik! – wydedukowała Gosia.
Zawracamy. Mijamy chatkę czeskiej służby górskiej. Pisałam już o źródełku, prawda?
Po drodze bardzo szybki postój bo wyliczyliśmy, że tempo mamy ciut za słabe, żeby przed zmrokiem dojść do Bielic. Jemy co kto ma. Mateusz wafle ryżowe. Marcin drugi skarb – słoik z marynowanymi pieczarkami i dwie konserwy. Już nikogo nie dziwi czemu miał ze wszystkich najcięższy plecak. Posileni ruszamy prawie biegiem, tym bardziej, że jest z górki.
- Daleko jeszcze do Przełęczy Płoszczyna? – pytamy napotkanych turystów.
- Godzinka…no ale to zależy ile jagód zjecie po drodze.
Ramiona po wczorajszym dniu dają znać o sobie. Pocieszamy się perspektywą czeskiego piwka na Przełęczy Płoszczyna i nawet być może (o Raju!) knedlikami, smażonym serem albo czymkolwiek ciepłym i pożywnym nie mającym koloru fioletowego.
Jest i Chatka. Jest również reklama z wypisanym menu.
- Ekipo można coś tu zjeść! – krzyczę radośnie.
Chatka wita nas jednak nienaturalną ciszą. Nie ma tu nikogo. Zamknięte. Znika radość. Po chwili dołącza do nas dwóch turystów na oko po sześćdziesiątce. Im również miny rzedną, widać również liczyli na posiłek. Uczucie zawodu przeradza się w widoczny grymas bólu. Kombinują, że może by jakoś dojść do Novej Seninki, że może tam? A może ktoś podwiezie? Widać, że mają kłopot.
- Nie mają Panowie nic do jedzenia? – pytam troskliwie
- No nie, ale nie o to chodzi. Piwa chcieliśmy się napić.
I już jasne skąd ten ból. Rozumiemy się doskonale
. Niepostrzeżenie, w całkiem zgrabnym czasie stajemy na szczycie Rudawca. Czas mamy niezły więc pozwalamy sobie na dłuższy postój i wyciągamy się na trawce. A jednak gdy dochodzimy do Bielic powoli robi się szarówka.
Zabieramy się za szukanie wiaty, o której wyczytałam na forum górskim. Chcemy w niej przenocować. Ale wiaty ni widu, ni słychu. Zastanawiamy się co robić. Na agroturystykę nas nie stać. Namiotu nie mamy.
- Poszukajmy Sołtysa – proponuje entuzjastycznie Marcin
- Po co? – dziwimy się, z nadzieją jednak, ze Marcin wpadł na jakiś pomysł
- Muszę przybić pieczątkę – odpowiada całkiem poważnie
Zamiast do Sołtysa postanawiamy iść na piwo do jednego z pensjonatów wierząc, że po złocistym trunku jak to zwykle bywa świat stanie się piękniejszy, myśli jasne i wszystkie problemy znikną. Zawsze pozostaje opcja noclegu na przystanku autobusowym. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Zrobiwszy zapasy na wieczór i dzień następny ruszyliśmy w noc przed siebie. Decyzja bowiem zapadła taka, że przystanek to na dziś dla nas za mało. Miała być wiata, to będzie wiata. Jakaś gdzieś na pewno na nas czeka. Ciszę dookoła rozrywało dzwonienie puszek w przepastnych kieszeniach spodni Mateusza. Dzwoniliśmy całkiem jak stado owieczek. Zaraz za Bielicami ukazała się naszym oczom Ona – Nasza Cudowna Wiata. Ognisko i kąpiel w strumieniu dopełniły szczęścia. Został do rozwiązania jeszcze jeden dylemat wieczoru. Co robimy z Kowadłem. Żeby zdążyć następnego dnia na autobus ze S
tronia Śl. musimy bardzo wcześnie wstać. Zastanawiamy się czy nie odpuścić sobie tej górki i wybrać krótszej drogi. Zwykle staram się realizować plan do końca i żal mi Gosi bo będzie musiała wrócić specjalnie po tę górkę, a jesteśmy tak blisko. Byłoby szkoda – myślę, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest tu górskim maratończykiem, a nasze plecy i ramiona już są mocno wyeksploatowane. Omówiwszy wszystkie za i przeciw decydujemy się jednak na bardzo wczesną pobudkę i „atak”. Świtkiem rankiem słyszę budzik Gosi.
- Jeszcze piętnaście minut drzemki – zaspanym głosem mówi Gosia
Potem słyszę jeszcze dwa razy dźwięk budzika i w końcu cichutki szept Gosi:
- To może jednak sobie odpuśćmy.
Wiata naprawdę okazała się rewelacyjnym miejscem do spania. Żal było wysupłać się ze śpiworów. Żal było też wracać. Ale przez trzy dni była Radość! To najważniejsze.
Autor: Magdalena Jarocka


