Rysy – wierzchołek po stronie słowackiej – 2503 m, najwyższy punkt po stronie polskiej – 2499 m n.p.m.
Wejście od strony polskiej, zejście od strony słowackiej – 24 czerwiec 2011
Uczestnicy: Magdalena Jarocka, Łukasz Białas
Miejsce: Schronisko Głodówka, Bukowina Tatrzańska
Czas: dzień pierwszy festiwalu Trzy Żywioły
Pogoda: pada
Wieczór zaczynamy od obowiązkowego zameldowania się u organizatorów. Dostajemy zielone, papierowe, stylowe bransoletki, które przetrzymują ponoć wszystko: burze, huragany, rwanie, gryzienie, topienie i cało zło…są po prostu niezniszczalne, ale przede wszystkim są przepustką na wszystkie imprezy na festiwalu. Korzystamy więc ze wszystkiego, co dzieje się pod jakimkolwiek dachem. Niestety na czas koncertu zaplanowanego pod gołym niebem z żalem przenosimy się na pakę autka. Ciągle pada…
Miejsce: Schronisko Głodówka, Bukowina Tatrzańska, bagażnik samochodu
Czas: dzień drugi festiwalu Trzy Żywioły
Pogoda: pada
Samochód postawiliśmy tak, żeby po przebudzeniu mieć widok na góry. Roztacza się stąd ponoć najpiękniejsza panorama na Tatry. Świta. Otwieram jedno oko…spoglądam na najpiękniejszą panoramę Tatr…i już nie chce mi się otwierać drugiego. Ciągle pada…Przed jedenastą wreszcie się przejaśnia i postanawiamy mimo późnej godziny iść na Rysy, a przynajmniej w ich kierunku. Standard wycieczek z Białasem to podejście „tylko bez ciśnienia!”
. Tym razem ciśnienie napierającego tłumu na drodze nad Morskie Oko wymusiło w nas niemal bieg. Byle dalej, byle szybciej, byle znaleźć się już tam, gdzie ludzie są tylko na doczepkę w krajobrazie, a nie są jej głównym elementem.
Wejście na Rysy od strony polskiej, a tym bardziej od łatwiejszej strony słowackiej przy pięknej letniej pogodzie nie stwarza żadnych problemów. Trudniejsze miejsca zabezpieczone są łańcuchami. Na szczyt wchodzą małe dzieci, wchodzą panie w szmacianych balerinkach, wchodzi cała masa osób które lekceważą fakt, że to jednak góry i zdarza się, że nie każdy z nich wraca…
Stajemy na szczycie. Robimy sobie pamiątkową fotę. Od polskiej strony nadciągają burzowe chmury (widać pół dnia słońca to zdecydowanie za dużo), po słowackiej świeci piękne słońce. Schodzimy oczywiście na słowacką. Łukasz przez całą drogę zastanawia się jak o tej porze – robi się już wieczór – dojedziemy do Polski. Ja jak zwykle problemu nie widzę. Jakoś przecież to będzie. Najwyżej przekimamy gdzieś do rana. Okazuje się, że ostatni bus do Polski odjechał. Zaczepiamy kierowcę busa wiozącego zorganizowaną wycieczkę i pytamy czy nie ma przypadkiem miejsc. Miejsc nie ma, ale ostatecznie siedzimy sobie wygodnie w środku, a dwóch wycieczkowiczów ląduje w bagażniku między plecakami
I w drogę! Nie trudno było się zorientować kiedy przekroczyliśmy granicę. O szyby zaczął bębnić deszcz…


