Grossglockner (Alpy)

Großglockner, Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii – 3798 m n.p.m. (Alpy Wschodnie, Wysokie Taury)

zdobycie szczytu: 30.04.2011
ekipa: Magdalena Jarocka, Jarek „Dziku” Jóźwicki, Aga Kruk, Tomek Brodziak

Nie ma innej góry której zdobycie wywołało we mnie więcej emocji niż Grossglockner. Pod koniec sierpnia 2010 po raz pierwszy zmierzyłam się z Wielkim Dzwonnikiem. Wtedy z powodu nagłego załamania pogody nie udało nam się zdobyć szczytu. Doszliśmy do Erzherzog-Johann-Hütte (3 452 m n.p.m.). Gdy dotarliśmy do schroniska było już dawno po zmroku, a padający śnieg zapowiadał już to, co czekało nas następnego dnia. Wtedy pod schroniskiem ściskaliśmy się w euforii radośniej niż na jakimkolwiek szczycie. Rano czekała na nas niespodzianka. W nocy spadło pół metra śniegu, a na zewnątrz nadal szalała zadymka. Był to dla nas niecodzienny widok po słonecznej, letniej pogodzie która towarzyszyła nam poprzedniego dnia. To co się działo za oknem przekreśliło jakiekolwiek szanse na wspinaczkę w górę. Również odwrót stał pod znakiem zapytania. Ostatecznie z uwagi na nieustannie padający śnieg i niebezpieczeństwo wpadnięcia w szczeliny lodowca do Lucknerhutte zeszliśmy trasą Murztalerweg. Trochę o trasie: początkowo łączy się z tą, którą schodzi się na lodowiec Ködnitzkees. Omija lodowiec i schronisko z lewej strony (patrząc od E.J.H.) i biegnie długi czas granią. Z poręczówkami bywało różnie i w wielu miejscach gdzie by się przydały, ich nie było, co przy zadymce śnieżnej i oblodzonych, niestabilnych kamieniach nie było przyjemne ;(. Dodatkowe utrudnienie to kiepskie oznaczenie szlaku. Liczniejsze oznaczenia i słupki pojawiły się dopiero gdzieś na godzinę przed Lucknerhutte. Po zejściu z grani można przejść kawałek przez lodowiec lub męczyć się idąc po kamieniach. Przy dobrej widoczności z pewnością szybsza jest ta pierwsza opcja. My wybraliśmy kamienie i na całe szczęście, bo okazało się, że ominęliśmy sporą szczelinę brzeżną. Droga powrotna zajęła nam ok 5,5 godziny, ale warunki pogodowe trochę niespecjalne mieliśmy. Na tabliczkach na szlaku czas określony był na 4,5 godziny. Przy dobrych warunkach pogodowych trasa z pewnością ciekawa i godna polecenia. To tyle z praktycznej strony trasy. Dla nas przygoda skończyła się szczęśliwie ale śląska ekipa mniej więcej 2 miesiące później nie miała tyle szczęścia. Z wychłodzenia zginęły trzy osoby. Podobnie jak my spotkali się z załamaniem pogody. Tego aspektu w górach nigdy nie należy lekceważyć.

29 kwiecień 2011 – znów wspinam się na Grossglockner. Jest ze mną Dziku, Aga i Tomasz – sprawdzona ekipa ludzi na których wiem, że w razie niebezpieczeństwa mogę polegać. Wybór towarzyszy obok sprzętu i łaskawości aury jest jednym z czynników które mogą zadecydować w górach o naszym być albo nie być. Mamy spory zapas czasu dlatego nie śpieszy nam się z atakiem szczytowym i nie wypruwamy z siebie flaków. Pierwszego dnia dochodzimy do Studlhutte i mimo że jest dopiero 15 nie ruszamy dalej. Od obsługi schroniska uzyskujemy informacje, że możemy przenocować w namiocie, ale tylko tak, żeby oni nas nie widzieli, a my ich. Rozbijamy więc namioty po zmroku. W ciemnościach nas nie widać, a i my udajemy, że budynku schroniska nie też widzimy :) Mimo że staraliśmy się tak ulokować namioty, żeby były osłonięte skałami od wiatru, rano odkrywamy, że zamieniły się w dwa śnieżne igla. Wyruszamy wcześnie rano. Na lodowcu trochę się gubimy bo ślepo idziemy po śladach poprzedniej ekipy zamiast zaufać mapie i intuicji. Patrzmy więc na mapę! Ludzie są w końcu tylko ludźmi i zdarza się im mylić drogę. O 14.30 stajemy na szczycie. Nie powiem, że łatwo było, bo za wybitnego wspinacza jeszcze się nie uważam. Oto siedzę sobie okrakiem na wąskiej przełęczy Obere Glocknerscharte pomiędzy Małym i Wielkim Dzwonnikiem, z prawej przepaść, z lewej przepaść, powoli przesuwam się do przodu i myślę sobie #%%&$&$*!!$#&%&^*(!!! co w wolnym tłumaczeniu znaczy: kurcze co ja tu robię, wracam do mamy!!! W drodze powrotnej szaleństwo mijanek. Wygląda na to, że co drugi Polski wspinacz wybrał sobie na majówkę jako cel najwyższy szczyt Austrii. Dziku skomentował sytuację „Wejście na Grossglocknera od polskiej strony zakończone sukcesem. Nawet udało się spotkać wśród dziesiątek wspinaczy kilku obcokrajowców…”. Gdy docieramy do Erzherzog-Johann-Hütte poliki mnie bolą od nienaturalnie długo utrzymywanego grymasu uśmiechu. Udało się! Może to tylko euforia jaką często wywołuje wysokość ale jestem naprawdę szczęśliwa. W drodze powrotnej na lodowcu Ködnitzkees spotykamy ekipę Groszka i Uysego, chłopaków z którymi wspinałam się tu w sierpniu. Świat się coraz bardziej kurczy :)

autor relacji: Magda Jarocka

 

Galeria zdjęć – Grossglockner, sierpień 2010

Galeria zdjęć – Grossglockner, kwiecień 2011