Mont Blanc (Alpy)

Mont Blanc 4810 m n.p.m.
ekipa: Magda & Łukasz

dojście do Tete Rousse (3167 m n.p.m.) – 04.06.2010

Na Mont Blanc był każdy – słowa jednego z bohaterów „7 lat w Tybecie” dźwięczą mi w gdzieś w podświadomości. Tak, ta góra działa na wyobraźnię przez to, że jest „naj” i mimo że wśród wspinaczy nie ma opinii „trudnej do zdobycia” to każdy chce mieć ją w swoim górskim CV. Także my (ja i Łukasz) postanowiliśmy się z nią zmierzyć. Nie ma ciśnienia – słynny tekst Łukasza przyświeca całej wyprawie. Wybieramy klasyczną drogą z Les Houches (ok. 1000 m.n.p.m.) Wyruszmy dosyć późno bo około południa i dlatego też postanawiamy, że tego dnia dojdziemy sobie na spokojnie do Tete Rousse (3167 m n.p.m.). Jak na czerwiec przystało z nieba leje się żar. Cali mokrzy uginamy się pod ciężkimi plecakami. Pierwszy dłuższy postój przypada na stacji Tramway du Mont Blanc. O nasi tu byli – zauważam, widząc porozrzucane torebki po zupkach Amino. Przykre to… Nasza droga prowadzi wzdłuż torów kolejki. O tej porze jest jeszcze nieczynna. W sezonie wspinacze skracają sobie dzięki niej drogę na szczyt. Przed nami jedzie wagonik z pracownikami, którzy sprawdzają stan torów. Załapujemy się na stopa i całe 15 minut jedziemy sobie tym niecodziennym transportem. Wysiadamy przed jednym z tuneli, zupełnie zasypanym przez śnieg. W środku, wielka czerwona koparka, pracuje na pełnych obrotach, żeby udrożnić tunel przed napływem rzeszy turystów. Ale na razie na całe szczęście ich nie ma. Po drodze mijają nas dwaj wspinacze. Cześć – woła jeden z nich do nas jakby nikogo innego poza Polakami nie spodziewał się zastać na szlaku. Cześć – odpowiadamy, lustrując siebie nawzajem w poszukiwaniu jakiś widocznych oznak, świadczących o naszej narodowości. Krajanie tak szybko jak się pojawili znikają za zakrętem. Trudno, pogadamy innym razem. Późno wieczorem dochodzimy do Tete Rousse. Dźwigamy ze sobą namiot, ale postanawiamy zatrzymać się w schronisku. Łukasz nie czuje się najlepiej. Łapie go choroba wysokościowa. W nocy jest jeszcze gorzej. Z planów wystartowania w kierunku szczytu o 3 nad ranem nici. Prawie nie śpimy. Z żalem obserwujemy wyruszające w nocy ekipy, ale jeszcze mamy nadzieję na to, że stan Łukasza się poprawi i będziemy mieli szansę na atak. Rano robimy wywiad pogodowy u pracownika schroniska. Okazuje się, że on nie radzi sobie z angielskim, a my z francuskim jeszcze gorzej. W pewnym momencie zapala się nad jego głowa żaróweczka, zostawia nas na chwilę i wraca z dużym notesem. To książka rezerwacji. Wszystkie odwołane – pokazuje, a nam miny rzedną. Cóż wracamy. CV uzupełnimy kolejnym razem.