Rozgrzewka na Braithorn & Monte Bianco
autor: Paweł Kudła (Olimp AWF Wrocław)
Znów wyruszyliśmy. Tam – wysoko, gdzie nie sięga nasz wzrok, ale prowadzi nas ambicja. Kolejny już raz stanęliśmy na przeciw jego monumentalnego ogromu i ponownie owładnęła nas magia tego szczytu. Historia ta zaczęła się już 12 miesięcy wcześniej, kiedy to po raz pierwszy zmierzyliśmy się z tym wyzwaniem. W roku obecnym Matterhorn przyszło nam oglądać od strony włoskiej, z miejscowości Breuil-Cervinia. Po zeszłorocznej próbie wejścia granią Hornlim, tym razem część ekipy pod przewodnictwem Kasi i Izy rusza granią Lion. Wraz z nimi ruszają także Maciek, Krzysiek, Adam i Robert. Wojtek, Seba i ja ruszamy na przełęcz Teodul – 3000m n.p.m., aby kolejnego dnia dostać się pod Hornli Grat. Pogoda nie wróży nam dobrze, ale podejmujemy wyzwanie. Za darmo zostawiamy naszą „srebrną strzałę” na łące, koło pensjonatu w Plan Maison – 2548m.n.p.m i ruszamy na spotkanie przygodzie. Krótka noc spędzona na przydrożnym parkingu sprawiła, że nasza forma nie jest zbyt dobra i niespełna pół godziny drogi od przełęczy rozbijamy obóz. Rano zmiana planów. Pogoda się psuje. Zostawiamy namiot i ruszamy na Breithorn – 4156m n.p.m., po drodze wzywa Polux i Castor, ale niestety solówka przy tych szczelinach to głupota. Walczę ze sobą chwilę, ale ostatecznie ruszam za Wojtkiem i Sebą na Braita, na którym już byłem i strasznie mi się nie chciało na niego wracać. Wybór okazał się jednak słuszny i już po chwili wchodzę na szczyt od strony środkowego wierzchołka – z przeciwnej strony przyszli chwilę przede mną moi towarzysze. Fotki i te sprawy. Wracamy. Ja swoją, oni swoją drogą. Coraz bardziej podoba mi się solowe chodzenie po górkach, ma to swój urok. Po zejściu ze szczytu zatrzymujemy się w schronisku Le Giude de Cervino na Testa Grigia – 3480m n.p.m. Zaczyna padać deszcz, próbujemy przeczekać. Myśli krążą wokół przemoczonego namiotu i konieczności nocowania w nim, więc humory nie dopisują. Po chwili schodzimy do schroniska Teodullo na Teodulpass – 3290m.n.p.m. Dopiero teraz, o 20.00, zaczyna się akcja całego naszego wyjazdu. Niepokoił mnie los naszych towarzyszy, którzy już dziś mieli walczyć na Liongrat, bo chmury zeszły nisko. Padał deszcz. Słowem: nie było kolorowo, a telefony milczały… Deszcz i ogólne zniechęcenie spowodowały, że postanowiliśmy rano ruszać do Cervinii. Zamiast tego, 4 godziny później, wylądowałem 50km od założonego celu, w Aoscie i szpitalu regionlala. Na izbie przyjęć spotykam bardzo zmęczonych Izę, Kasię, Maćka, Roberta i Krzyśka. Zjawiłem się tam zaraz po telefonie Krzyska, który oznajmił: „Izka miała mały lot, troszkę pizgnęła i zabrał ją helikopter”. Po tej informacji postanowiłem wracać do auta i ruszać do szpitala. Moi towarzysze postanowili zostać w kałuży wody, w namiocie, do rana – strategiczne posunięcie z ich strony ![]()

Po perypetiach w szpitalu i na kempingu wszystko już jasne. Dzielna Izabela i Adam zostają w szpitalu, czekając na transport medyczny. Kasia, Maciek, Robert i Krzysiek postanawiają zdobyć Monte Viso – 3841m n.p.m. Po tym, jak postanowiłem zrezygnować z Matta, realizuję z moimi towarzyszami dalszą część planu. Ruszamy tam, gdzie jest granica. Gdzie wyżej się nie da! Nasz cel to Mount Blanc a raczej Monte Bianco. Postanowiliśmy dodać szczyptę finezji do naszego przedsięwzięcia i pokonać drogę włoską! Przygoda była przednia. Po uzyskaniu informacji pogodowej u naszej rodaczki Agnieszki, pracującej w IT w Curmayeur, ruszamy w góry. Pani w biurze przewodników stwierdziła, że droga jest nie do przejścia, co nas jeszcze bardziej zmotywowało . Trasa ambitna zaczyna się w dolinie Val Veni, gdzie spędzamy dwie noce, oczekując na pogodę. Wieczorem, 6 września, przy świetle czołówek podchodzimy pod morenę czołową lodowca Miage. I wtedy dopada mnie „spręż”, w powietrzu aż czuć zapach przygody. Rano, skoro świt, ruszamy na lodowiec. Gruzowisko, jakie się na nim zebrało, nie zachęca; pogoda świruje i w końcu dopada nas mżawka. W obawie przed zmoknięciem, rozkładamy namiot, gotujemy, itp. Zaledwie w połowie lodowca Miage – żenada. Nagle jakby się przejaśnia, spręż się wierci we mnie i krzyczy „Do góry Paweł, do góry!” Mój brak asertywności w tym wypadku zwyciężył, motywuję chłopaków paroma mocnymi słowami i ruszamy dalej. Po dojściu pod schodzącą grań Piramidy des Aig. Grises, która wydaje się być nie do przejścia, na chwilę się zatrzymujemy. Tam spotykamy trójkę Polaków, którzy też atakują Blanca. Razem pokonujemy szczelinę brzeżną i ruszamy do góry. Okazuje się, że szlak jest wyraźny, trudności napotykamy jedynie przy szczelinie brzeżnej; potem są już feratki, łańcuchy, drabinki i liny konopne – czyli coś, czego nie lubię! Wolę góry wolne od takich ułatwień. Po dotarciu pod schronisko Gonella – 3072m n.p.m., o tej porze roku już zamknięte, robimy rozpoznanie na lodowcu Dome i zasypiamy w winterroomie. Rano zrywamy się szybko na nogi – zaspaliśmy. Mimo to ruszymy o 7.00 na lodowiec. Bardzo „poszczeliniony” lodowiec zafundował nam niemałą zabawę. Wyszukiwanie drogi podejścia, mała wspinaczka lodowa i nawet zejście do szczeliny i wyjście drugim brzegiem – po prostu sama słodycz obcowania z lodowcem. Po tak miło spędzonych 4 godzinach, docieramy pod grań Aig, Grises. Tutaj pokonujemy ostatnie trudniejsze momenty i już na grani. Ogólna kondycja zespołu nie jest najlepsza. Ciężko było nam pokonać całą drogę (lina, szpej, namiot, śpiwory, jedzenie itd.). Decyzja o postoju skutkuje nowym doświadczeniem. Nocleg na grani. Ale jakiej grani! Tak ostro, że prawie 2 godziny wykuwaliśmy w lodzie i śniegu platformę na namiot. O 15. z jedzonkiem w namiociku targanym wiatrem, szczęśliwi snujemy męskie „opowieści dziwnej treści”. I tak na zmianę: jemy, pijemy, śpimy, a przy tym rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Jutro już szczyt, jutro już będziemy tam, gdzie wyżej się nie da. Od początku mojej przygody górskiej myślałem o nim, a już jutro tam się znajdziemy! Oby tylko bezpiecznie pokonać trudności! Niepewność, strach, obawy czy grań Bionnassay okaże się wystarczająco łaskawa. Już teraz wiemy, że po ataku na szczyt, wracamy na stronę francuską.

Ostatnia trudność do pokonania – grań Bionnassay. Rano ruszamy nieco spięci. Grań-żyleta przed nami. Związani liną, startujemy. Nie jest łatwo; cały czas na ciężko, a grań ostra. Raki wbijamy w pion, rękę przekładamy na druga stronę grani; wszystko zmrożone, stabilne, aż trudno wbić czekan. Poganiam i motywuję chłopaków (żeby nie powiedzieć, że trochę po nich „jadę”), żeby się „nie dygali”, żeby szli do przodu. Upominam, żeby nie popełnili jakiegoś błędu. Ciągle ganię ich słowami, a w myślach podziwiam. Wojtek pierwszy raz w Alpach – debiut niesamowity. Seba pierwszy raz w takich trudnościach. Ale idą chłopaki do przodu, kroczek za kroczkiem, z prawej „lufa” z lewej „lufa”, mały błąd, potknięcie i po nas – lecimy. Ale ta nasza karawana jakoś idzie. Jeszcze chwila i będzie dobrze. Uda się, żeby tylko teraz na końcu nie popełnić błędu. Trochę się boję, ale nic nie mówię chłopakom, tylko ich poganiam i w końcu się udaje – najtrudniejszy odcinek Bionnassay za nami teraz batonik i dalej katujemy do przodu, byle dalej, krok za krokiem. Nikt tego za nas nie zrobi, tutaj nie ma miejsca na to, żeby się poddać. No, trzeba iść do przodu i tyle. Wreszcie szczyt Dome du Gouter poniżej, zostawiamy rzeczy i na lekko ruszamy bez lin, szpeju itd. Na szczyt! Po jakichś 2 godzinkach jesteśmy już blisko. Jeszcze chwila i się uda! Jeszcze tylko trochę tej zadyszki i będziemy. W głowie myśl, że z każdym krokiem jesteśmy wyżej. I w końcu się udało. Wyżej już na tym kontynencie nie możemy. Udało się! Weszliśmy na Monte Bianco – najwyższy szczyt Europy. Nigdy tego nie robię, ale zadzwoniłem do Mamy. Krzyczę do słuchawki.
Ja: Mamo, weszliśmy! Jestem na najwyższym szczycie Europy!
Mama: Tak? A ja jestem w Biedro…..(pseudoreklama)
Tak pokrzepiony zachwytem Mamy nad moimi wyczynami, z uśmiechem na ustach, podążam w dół. Cała trójka szczęśliwa pruje „z górki na pazurki”. Nocleg w sąsiedztwie schroniska Aig du Gouter. Rano do pokonania la Grande Culuar i wreszcie koniec. Wszystko za nami: ostatnie trudności, ostatnie ekspozycje, teraz już do auta. Łapiemy cztery okazje, czyli tzw. „stopem” przez tunel pod naszym szczytem dostajemy się z powrotem do Curmayer, a dalej w ten sam sposób, przez dolinkę do naszej „srebrnej strzały”. Kąpiel w strumieniu, piwko zwycięzców. Tak mija wieczór.
Tak kończy się kolejna przygoda. Nasze szczęśliwe wejście na Monte Bianco drogą włoską dedykujemy naszej dzielnej koleżance Izabeli, która miała stanąć na szczycie.
Bilans naszej wycieczki zakończył się
- 2 czterotysięcznikami (jeden z nich to najwyższy szczyt Europy),
- dwoma złamanymi kręgami,
- kilkoma siniakami,
- jednym zniszczonym namiotem,
- jednym zmiażdżonym siłą upadku termosem,
- masą doświadczenia.
