Narodnaja (Ural Subpolarny)

Narodnaja (Narodna) – 1895 m n.p.m.
czas trwania wyprawy: 27.02.2011 – 19.03.2011

zdobycie szczytu: 06.03.2011

<<<Zobacz trasę wyprawy

 

 

 

Za nami pół roku planowania, dobierania i testowania sprzętu, kombinowania jak sfinansować wyprawę, wiele chwil radosnych i sporo tych zszarpanych nerwami, ale wreszcie jesteśmy w Incie, miasteczku na Uralu Subpolarnym, z którego ruszamy po przygodę. W lokalnym sklepie zaopatrujemy się w słoninę i wódkę. „Bez tego w góry się nie wybierajcie” radził Sasza, Białorusin, którego poznaliśmy w pociągu. Czujemy się całkiem nieźle wyekwipowani, bo każdy z nas ciągnie za sobą na pulkach 50-60 kg, z czego większość stanowi jedzenie. Idziemy jednak za radą Saszy z sympatii do tego człowieka. Wypiliśmy z nim niejednego kielonka za braterstwo słowiańskich narodów słuchając niesamowitej opowieści, jaką tylko życie potrafi napisać. Chyba też chcemy lepiej wczuć się w tutejszy klimat i choć trochę stać się na najbliższe trzy tygodnie częścią tego świata. Przed nami tajga. Posuwamy się wolno do przodu, pokonując mozolnie świeżo nawiane zaspy śnieżne. Solidnie padało w ostatnich dniach. Pulki żyją własnym życiem i od początku starają się uprzykrzyć nam wędrowanie, co chwilę się wywracając. Ze wszystkich sił staramy się okiełznać te dzikie rumaki. Choć tak naprawdę to my sami ciągnąc nasz bagaż czujemy się jak konie pociągowe. Wiśta wio! Przed nami jakieś 300 km zimowej wędrówki. Po pierwszych dwóch dniach za nami niewiele ponad 30 km. Martwi nas ta kiepska statystyka, tym bardziej, że mnie dopadła grypa i gorączkuję. Zrealizowanie planu stoi pod znakiem zapytania. Zaskakują nas temperatury. Jest cieplej niż myśleliśmy. Zaledwie -18 w nocy. Dziku poci się w śpiworze, Maciek marudzi, że pragnie polarnego klimatu i -40 na termometrze. Jeszcze nie wiedzą, że już niedługo zdążą się wymarznąć za wszystkie czasy. Przed nami druga noc w tajdze, rozbijamy namiot na zamarzniętym bagnie. Nagle za naszymi plecami zabłysły światła. Coś przywodzącego na myśl statek kosmiczny zbliża się w naszym kierunku. Podobno, jeżeli Rosjanina poprosi się o pomoc to jej nie odmówi. Daleka jestem od takiego generalizowania, ale z drugiej strony w naszym przypadku słowa te potwierdziły się w 100 %. I tak razem z całym naszym majdanem znaleźliśmy się w środku maszyny zwanej Uralem. Byliśmy głodni, spragnieni, czuliśmy w mięśniach przebyte kilometry, powietrze było gęste od zapachu benzyny. Z otwartymi ze zdziwienia ustami obserwowaliśmy przez zaparowane szyby jak samochód z łatwością pokonuje śnieżne wydmy na trasie, którą mielimy pokonać na własnych nogach. Z głośników płynie miła dla ucha rosyjska melodia, a my ciesząc się jak dzieci z tej przygody uświadamiamy sobie, że nie zapytaliśmy się kierowcy gdzie i jak daleko jedzie. „Zaraz się zatrzymam, pogawarimy i pokuszamy” dochodzi głos z kabiny kierowcy. Za chwilę wszystko jest jasne. Jedziemy do kopalni Żiełannaja. Idąc na nartach dotarlibyśmy do niej za cztery dni. Staramy się mu odwdzięczyć zabraną na wyprawę butelką wódki. Rosjanin grzecznie za nią dziękuje i oddaje ją nam, a za chwilę z szelmowskim uśmiechem wyciąga…3 litrową „piersiówkę” z samogonem. Chcąc nie chcąc wychylamy toast zagryzając chlebem, kurczakiem, pomidorami i kiszoną kapustą. To się nazywa rosyjska gościnność! Okazuje się, że Ural jedzie z pomocą innemu samochodowi, który zakopał się w zaspie śnieżnej. Czyjś pech, nasze szczęście. Za chwilę czeka nas kolejna niespodzianka. Przesiadamy się do samochodu dyrektora kopalni Żiełannaja. Nie tyko nic nie płacimy za transport, ale jeszcze zostajemy ugoszczeni w kopalni jak królowie: pościel, czajnik elektryczny, gorąca woda pod prysznicem. Nie na to nastawialiśmy się planując polarną ekspedycję, ale przyjmujemy z wdzięcznością wszystko, czym nas tu obdarowano i robimy sobie dzień sjesty. Dyrektor kopalni był kiedyś ministrem sportu w republice Komi, w której się znajdujemy i dlatego bez zastanowienia wylicza „Małysz, Kowalczyk. Ja znaju”. Z radością obwozi nas po okolicy zatrzymując się, co chwilę, żebyśmy mogli pofotografować. Nie ma to jak japońska wycieczka. No, ale koniec tego dobrego. Miał być ból, płacz i zgrzytanie zębami, a my tu sobie wakacje urządzamy! Pakujemy pulki i ruszamy w góry. Krajobrazy wokół kopalni już pobudziły naszą wyobraźnię i chcemy więcej. Także temperatura robi się coraz bardziej polarna – jest -25 w ciągu dnia. Na ekranie naszego telefonu satelitarnego Bahamy i palmy kokosowe kpią sobie z naszych czerwonych od mrozu nosów. Po drodze postanawiamy zaparkować pulki zapakowane bagażem pod samotnym głazem i na Narodnaję ruszamy „na lekko”. Nie boimy się o ich zawartość. Jesteśmy tu sami. No, może nie licząc jednej, białej myszy. Zmrożony śnieg skrzypi nam pod nogami, a za chwilę zapadamy się po uda. I tak wkoło, mozolna wędrówka pod górę. To, co widzimy ze szczytu rekompensuje nam jednak cały trud. Ośnieżone góry ciągną się po horyzont, na którym niebo już zaczyna przybierać kolor czerwieni. Zostajemy na szczycie przez godzinę, choć chciałoby się dłużej. Takich chwil się nie zapomina. Zagnieżdżają się w pamięci. To one nas definiują, mobilizują do podejmowania kolejnych wyzwań. Niekłamany zachwyt nad dzikim krajobrazem staje się prorokiem przepowiadającym, że niedługo znów przyjdzie nam w udziale oglądać podobne przestrzenie, bo one uzależniają i każą do siebie wracać. Na miejsce biwaku docieramy nocą. Rano termometr pokazuje -30, ale jest to jego dolna granica, więc ciężko powiedzieć ile jest rzeczywiście. Przy takim mrozie dłużej gotuje się woda. Zanim napełniamy wszystkie termosy z herbatą i jedzeniem na cały dzień mijają trzy godziny. Zwijamy biwak. Łukasz nabawia się lekkich odmrożeń palców u stóp. Na szczęście chemiczne rozgrzewacze pomagają i palce razem z właścicielem ruszają w dalszą drogę. Przed nami Manaraga. Jej poszarpaną grań podziwialiśmy ze szczytu Narodnaji. Przez swój kształt nazywana jest Niedźwiedzią Łapą. Wyraźnie wyróżnia się na tle sąsiednich szczytów. Niestety dla nas okazuje się nie do osiągnięcia. Na drodze staje nam przepaść. Niebezpieczna stromizna i realne zagrożenie lawinowe powodują, że rezygnujemy z dalszej drogi. Nie jest to łatwe, bo w każdym z nas krzyczy duch walki i kusi, żeby spróbować. Obiecaliśmy jednak kilku osobom, że wrócimy zdrowi do domu. Ekspedycja urywa nam się w najpiękniejszym miejscu, jakie dotąd widzieliśmy, więc niczego nie żałujemy. W dole, poniżej przepaści ściele się dolina Manaragi. Owija ją bajkowa poświata, która całkowicie odrealnia to co przed sobą widzimy. Słońce zaczyna zachodzić i śnieżnobiała dolina tonie najpierw w złotych promieniach, a za chwilę płonie różową łuną. Do tego wszystkiego pojawia się tęcza. Przesyt ochów i achów ociera relację o kicz, ale pozwolę sobie na niego wyjątkowo. Decydujemy się zostać tu kolejne dwa dni i poeksplorować okolicę. Szkoda nam już wracać. W nocy termometr znowu dobija do dna. Maciek ma nareszcie swoje polarne klimaty. Tylko czemu tak ciężko mu rano wykopać się ze śpiwora? Kolejny dzień wita nas zadymką śnieżną. Jest wyjątkowo zimno. Większość dnia kiblujemy w namiocie. Tylko Dziku i Maciek dzielnie stawiają czoła nieprzyjaznej aurze i dłużej walczą z okolicznymi graniami. Gdy ich głowy wreszcie pojawiają się w drzwiach namiotu wyglądają jak dwa Dziadki Mrozy. Oszronieni, zziębnięci z goglami na bakier, ale radośni jak szczeniaki. Po takim dniu puchowy śpiwór, gorąca herbata i ciepły posiłek to pełnia szczęścia. Właśnie, tak niewiele trzeba…no, ale powoli koniec tej bajki. Wypada ruszać w drogę powrotną. Jeszcze 150 km. Dziś większość trasy jest z górki. Śmigamy w dół na nartach. W plecy pcha nas wiatr. Jesteśmy wolni. Jeszcze przez chwilę. Nocą sunąc na nartach po zamarzniętym teraz jeziorze Bałbanty docieramy do chatek pasterzy reniferów. Tylko jedna nie jest zniszczona i widać, że wiosną ktoś do niej powróci. Nie chcemy niczego w niej ruszać. W metalowym piecyku-kozie palimy śmiecie, żeby trochę się ogrzać i przygotowujemy kolację. Towarzyszy nam w niej rosyjska dziewoja z obfitym biustem z plakatu na ścianie i wujaszek Lenin z okładki książki pozostawionej przez gospodarza na stole. W nocy obserwujemy zorzę polarną. Na niebie tańczą jasnozielone wstęgi. Patrzymy oczarowani tym spektaklem nie mogąc złapać tchu, ale nie jedynie z wrażenia, tylko przez mroźny, ostry wiatr, który nie pozwala oddychać. Łukasz odmraża sobie nos. Następnej nocy tylko Maciek budzi się by znów zachłysnąć się z wrażenia. Jego okrzyki zachwytu nie pozwalają nam spać przez co najmniej godzinę. Jest znowu ponad -30, ale Maciek zawzięcie fotografuje. Łukasz kolejne dni maszeruje z plastrem na nosie. Mamy 99 km do Inty. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zapalili ogniska pokoju na tej ziemi. Poświęcamy w ofierze jedną brzózkę i już za chwilę płonie ognisko w tajdze. A my smażymy słoninę na skwarki. Pycha! Zdradzieckie ciepło ogniska usypia moją czujność i w nocy walczę o dalszy byt moich stóp długo starając się przywrócić im temperaturę 36 i 6. Znowu pierońsko zimno, a w Polsce wiosna i 16 powyżej zera. Maszerujemy zawzięcie dalej codziennie bijąc rekordy kilometrów, choć tak naprawdę nikomu z nas się nie śpieszy do domu. Dobrze nam w tej dziczy i nawet ból i mróz już nikomu nie przeszkadza. I dlatego też, gdy widząc na horyzoncie maszt elektryczny głośno oznajmiam to ekipie, słyszę od Dzika „ I z czego się cieszysz?” Ostatnie 18 km dłuży się w nieskończoność. Nogi ze zmęczenia już nie chcą nieść i motywacji brak do parcia naprzód. „To wy z gor idziecie? – pyta nas miejscowy zabijaka w Incie – ja też raz był w gorach. Krasiwe one były, krasiwe…”.

W zimowej wyprawie na najwyższy szczyt Uralu – Narodnaję udział wzięli: Jarosław Jóźwicki „Dziku”, Magdalena Jarocka, Łukasz Białas i Maciej Besta.

Autor relacji: Magdalena Jarocka

Strona wyprawy: www.dziaba.com

Zobacz: krótki filmik z wyprawy