Australia – Góra Kościuszki – zima

„PIERWSZA POLSKA ZIMOWA WYPRAWA NA GÓRĘ KOŚCIUSZKI
ŚLADAMI  EDMUNDA STRZELECKIEGO”

tekst i zdjęcia OSCAR KANTOR

 


12 marca 1840 r. Edmund Strzelecki zdobył i nazwał najwyższy australijski szczyt imieniem polskiego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki. Jak się okazało po latach, wybrał sobie najtrudniejsze podejście. Trasa wiedzie najbardziej zarośniętą i najbardziej stromą częścią Australijskich Gór Śnieżnych. Zaczyna się na wysokości 400 m n.p.m. i kończy się na 2228 m n.p.m.
169 lat później,  w lutym, postanowiliśmy wespół z dwoma Amerykanami, Martinem Douthitt i Dalem Torok wspiąć się na Górę Kościuszki taką sama trasą jak Strzelecki w 1840r., z Geehi przez Moiras Flat na Górę Kościuszki. W Australii lato zaczyna się 1 grudnia a zima 1 czerwca, czyli odwrotnie niż w Europie.
Po dwóch dniach strudzeni aczkolwiek zadowoleni, szczęśliwie dotarliśmy do celu.
Zdobyliśmy Górę Kościuszki od najtrudniejszego podejścia, gdzie ruch turystyczny ogranicza się do ok. 5 osób na rok.
Po nabranym doświadczeniu, rok później, postanowiliśmy zdobyć ten szlak jeszcze raz! Z tym, że w warunkach zimowych. Przy minusowych temperaturach i powłoce śnieżnej przekraczającej 2.5 metra, kolejna wyprawa wyglądała na niemożliwą. Ale nie dla wszystkich.  Do zimowej wyprawy przygotowywaliśmy się ponad 2 miesiące. Przez cały ten czas Parki Narodowe Gór Śnieżnych naciskały a wręcz zabraniały, aby nie iść tam w zimie, bo jest zbyt niebezpiecznie. Teren jest nie oznakowany i przez władze lokalne nazywana jest dziką strefą. My jednak zbytnio nie przejęliśmy się tymi pogróżkami i dalej planowaliśmy wyprawę.


7 sierpnia w piątek rano dotarliśmy do doliny Geehi, skąd rozpoczęliśmy naszą przygodę. Już na początku mieliśmy nie lada zabawę, ponieważ musieliśmy się przeprawić przed lodowatą rzekę o głębokości 1m-1.5m. Rzeka znajduje się na wysokości 400 m n.p.m. i temperatury w zimie są dość wysokie, około +5 do +10 st.C, ale wiedzieliśmy, że idąc coraz wyżej temperatura będzie spadać.
Więc aby uniknąć przeziębienia postanowiliśmy przejść przez rzekę w wysokich butach rybackich. Niestety mieliśmy tylko jedną parę, więc musieliśmy przechodzić pojedynczo. Przerzucając buty z brzegu na brzeg przy pomocy liny. Po 30 minutach cała nasza grupa była po drugiej stronie rzeki Swampy Plain River. Po krótkiej naradzie wyruszyliśmy w stronę dzikiego lasu. Z obserwacji terenu, jak i informacji, jakie podał nam zegarek-komputer, wynikało, że niedługo czeka nas deszcz. I tak się też stało. Po paru minutach marszu zaczął padać drobny deszczyk, który po chwili zamienił się w gwałtowną ulewę. Padało przez cały dzień. My jednak kontynuowaliśmy naszą wyprawę. Teren stawał się coraz trudniejszy, szliśmy coraz wolniej i wolniej.
Plecaki stawały się coraz cięższe i cięższe. Zostaliśmy przemoczeni do suchej nitki. Nie mieliśmy innego wyjścia jak tylko rozbić obozowisko w lesie. Ale gdzie? Wszędzie pełno krzaków, drzew i zarośli. Podczas pierwszej wyprawy (letniej) spaliśmy pod gołym niebem. Tym razem nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Tym bardziej, że byliśmy totalnie przemoczeni i wiedzieliśmy, że w nocy przyjdzie mróz. Przy pomocy łopaty śniegowej, którą zabraliśmy ze sobą i rąk, po blisko godzinie wykarczowaliśmy mały placyk o wielkości 3x3m. Szybko rozbiliśmy namioty z nadzieją, że troszkę się ogrzejemy w śpiworach. Jakże byliśmy zawiedzeni, gdy się okazało, że namioty i śpiwory zostały również przemoczone. Spanie „na mokro” nie było dobrą perspektywą, ale cóż mogliśmy zrobić…
Po „wysoko kalorycznym” posiłku położyliśmy się spać.
Aby nie obciążać zbytnio naszych plecaków, które i tak ważyły po 30 kilogramów, zabraliśmy tylko lekkie, ale kaloryczne jedzenie. Mieliśmy ze sobą żółty ser, suszone mięso, suszone ryby, lekki chleb tzw.”mountain bread”, batoniki energetyczne, orzeszki ziemne i pestki dyni.
Przemoczeni i przemarznięci do kości obudziliśmy się tuż o świcie. I tu kolejna atrakcja. Śpiwory, w których spaliśmy były zamarznięte. Nie dało ich się nawet rozsądnie złożyć do plecaka. Musieliśmy poczekać parę godzin aż się odmrożą. Około godziny ósmej spakowaliśmy nasz obóz i wyruszyliśmy dalej z nadzieją, że deszcz nie będzie już padał i będziemy mogli wysuszyć nasze rzeczy nad ogniskiem. Po 2 kilometrowym marszu, wyszło słońce, ale pojawił się kolejny problem, zaczął padać śnieg, którego najmniej się spodziewaliśmy, zwłaszcza, że znajdowaliśmy się dopiero na wysokości około 1300 m n.p.m. gdzie praktycznie rzadko pada. Około południa rozbiliśmy obozowisko. Przy pomocy spirytusu do kuchenki turystycznej rozpaliliśmy ogień i cały dzień poświęciliśmy na suszenie naszych rzeczy. Nie obyło się bez śpiewów i opowiadań przy ognisku. Morale w naszej grupie powróciły do normy.
Mając dużo śniegu wokół, mogliśmy sobie pozwolić na ciepły posiłek. Gorącą zupkę z proszku. Aby nie wykorzystywać zapasów wody, jakie mieliśmy ze sobą, postanowiliśmy przetapiać śnieg.
Jak się jednak okazało cała procedura przetapiania jest bardzo żmudna i czasochłonna. Na pozór każdemu może wydawać się, że wystarczy go tyko przetopić i będzie woda. Nic bardziej złudnego. Śnieg to nie tylko woda ale również dużo powietrza, więcej niż wody, przez co proces topnienia jest bardzo żmudny. Na jeden litr przetopionej wody potrzeba około 10kg śniegu.

Mieszkańcy Syberii, używają rozgrzanej blachy na ognisku na która wkładają śnieg, roztopiony śnieg spływa do naczynia i tak otrzymują wodę. My używaliśmy trochę bardziej zaawansowanej techniki i śnieg podgrzewaliśmy przy pomocy kuchenki spirytusowej.
Aby zrobić 4 litry wody ze śniegu, potrzebowaliśmy około dwóch godzin i około jednego litra spirytusu do kuchenki. Muszę przyznać, że smak „wody śniegowej” jest o wiele lepszy aniżeli drogich wód mineralnych sprzedawanych w sklepach. W niedzielę, na trzeci dzień naszej wyprawy, z samego rana, wyruszyliśmy w stronę Byatts Camp. To miejsce gdzie kończy się linia lasu i teren jest troszkę łatwiejszy. Trasa z Moires Flat do Byats Camp okazała się jednak bardzo trudna. Mnóstwo gęsto porośniętych drzew, śnieg po pas, minusowa temperatura, wszystko to po raz kolejny opóźniało naszą wyprawę. Było za wcześnie, aby użyć buty śniegowe tzw. karple, więc z 30-to kilowymi plecakami, co rusz zapadaliśmy się w śniegu po pas. Pod wieczór dotarliśmy do Byats Camp, gdzie między skałami wykopaliśmy wielką dziurę w śniegu i tam rozbiliśmy namioty. Urządziliśmy sobie świetne miejsce na obóz. Pokrywa śnieżna w pobliżu naszego obozu sięgała rzędu 2 metrów.
Znów rozpaliliśmy ognisko, trochę pośpiewaliśmy, piekliśmy na kijach polską kiełbaskę. Było bardzo miło. Szczerze mówiąc była to najmilsza noc spędzona przez nas w górach. Wbrew pozorom mroźna noc okazała się bardzo ciepła. Przy temperaturze -15ºC na zewnątrz, w śpiworach mieliśmy około 4ºC, więc stosunkowo było ciepło. W czwarty dzień, mieliśmy plan, aby dotrzeć na Górę Kościuszki gdzieś w granicach południa. Aby jednak podążać dokładnie śladami Strzeleckiego obraliśmy kierunek na Abbott Peak i  Mt Townsend , przez co dodaliśmy sobie ekstra 3 kilometry.
Warto jednak było wspiąć się na szczyt Mt Townsend i zobaczyć ten sam widok, który widział Strzelecki zdobywając Kościuszkę 170 lat temu. Zastanawia mnie jednak jeden fakt, skoro Mt Townsend, druga co do wielkości góra w Australii – 2209 m n.p.m., jest tylko niższa o 19 metrów od Góry Kościuszki, to jak Sir Paul Edmund Strzelecki stojąc na niej, potrafił stwierdzić, że jeszcze nie zdobył najwyższego punktu w Australii i udał się w stronę późniejszej Góry Kościuszki. Co więcej był na tyle pewny, że widział przed sobą cel swojej wyprawy – najwyższy szczyt w Australii – i nazwał go na cześć bohatera wszystkich Polaków – na cześć Tadeusza Kościuszki.
Cytuję słowa Edmunda Strzeleckiego, które wypowiedział stojąc na Mt Townsend:
“ The highest peak of Australian Alps – it towers over the entire continent – which before my coming had not been surmounted by anyone, with its everlasting snows, the silence and dignity with which it is surrounded, I have reserved and consecrated as a reminder for future generations upon this continent, of a name dear and hallowed to every Pole, to every human, to every friend of freedom and honour – Kosciuszko.”
Edmund Strzelecki z tamtąd właśnie nazwał Góre Kościuszki. Między jedną a drugą jest jakieś 3km. Sir Paul Edmund Strzelecki był wspaniałym podróżnikiem i kartografem, kiedy odkrywał Górę Kościuszki miał ze sobą sprzęt do pomiarów a to na pewno pomogło mu w obliczeniach wysokości szczytów. Osobiście stojąc na Mt Townsend nie odebrałem wrażenia, aby Kościuszko mógł być wyższą górą. No cóż, ale ja nie nazywam się Strzelecki… Przy tak spektakularnym widoku trudno było się nie pokusić na dłuższe pozostanie na tych pięknych szczytach. Po jednej stronie wspaniała Góra Kościuszki, po drugiej dolina Geehi, z której rozpoczęliśmy naszą zimową przygodę, a po bokach zamarznięte jezioro Albina i wiktoriańskie góry. Kiedy zrobiło się już dosyć późno, postanowiliśmy nie wchodzić na Kościuszkę w ten sam dzień.
Urzekła nas również zabawa zjeżdżania na plecakach z dwu kilometrowych śnieżnych gór. Pod wieczór przeszliśmy obok zasypanego śniegiem jeziora Albina w stronę chatki Seamans Hut, gdzie spędziliśmy kolejną noc. Seamans Hut jest awaryjną chatką dla turystów szukających schronienia w górach. My takimi właśnie byliśmy. W chatce są dwa pokoje a w jednym z nich, co najważniejsze kominek-koza. Nie wchodzenie na Kościuszkę okazało się dobrym posunięciem. Pod wieczór rozpętała się straszliwa burza śniegowa, która trwała już do końca naszej wyprawy. W chatce nie ma łóżek a są tylko drewniane ławki. Podejrzewam, że ze względu na to, aby turyści nie przerobili tego pięknego miejsca na przydrożny hotelik. W piąty dzień wyprawy około godziny dziesiątej, kiedy wiedzieliśmy, że burza śniegowa nie przejdzie postanowiliśmy zaryzykować, skierowaliśmy nasze kroki w stronę Góry Kościuszki. Trasa z chatki Seamans była stosunkowo łatwa i oprócz całkowitego braku widoczności nie sprawiła nam większego problemu. Po dwóch godzinach wolnego marszu w „karplach” dotarliśmy w okolice „Rawsons Pass”. Bardzo zdziwił nas jeden widok na drodze, kiedy spotkaliśmy dwa wentylatory wystające ze śniegu. Osobiście byłem na Górze Kościuszki 4 razy w lecie i nigdy czegoś takiego nie widziałem. Wentylatory przypominały ujęcia wody. Po szybkiej analizie pozycji miejsca na mapie okazało się, że stoimy na 3 metrowym dachu  niedawno wybudowanych toalet na Rawsons Pass 2100 m n.p.m. Tyle było wokół nas śniegu. Owe toalety są najwyższymi toaletami publicznymi w Australii.
Nie ma tam wody, ręce myje się specjalnym żelem, a zbiorniki są kompostowe. Domniemane ujęcia wody po prostu były wentylatorami w dachu! Wtedy już wiedziałem, że jesteśmy bardzo blisko końca wyprawy. Praktycznie po omacku z kompasem w ręce po 15 minutach wspinaczki dotarliśmy do celu. Zdobyliśmy GÓRĘ KOŚCIUSZKI trasą Strzeleckiego w zimie! Na szczycie spędziliśmy około godziny, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia i nakręcając historyczny film wideo. Widoczność była bardzo słaba i niestety nie mogliśmy podziwiać pięknych widoków roztaczających się z Góry Kościuszki. Nie długo było nam jednak czekać na kolejną przygodę.
Kiedy zaczęliśmy schodzić w stronę Thredbo, bo taki był pierwotny plan powrotu, rozpętało się piekło. Zaczęło grzmieć i bić piorunami. Znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni, można powiedzieć, że na czubku lodowca. Szczyt Kościuszki wystawiony jest na silne wiatry, przez co śnieg jest twardy jak na kamień. Nie dało się ustać na nogach, do tego jeszcze przyszła śnieżyca, więc jedynym ratunkiem dla nas było wykopanie głębokiej dziury i schowanie się do niej.  Tylko jak tu kopać w lodzie… Na szczęście mieliśmy łopatę i mały kilof. Aby odizolować się od uderzenia pioruna i ewentualnego porażenia, owinęliśmy się namiotami i kocami. W swoim życiu przeżyłem już nie jedno i próbowałem siebie w wielu ekstremalnych sytuacjach, nurkowałem z rekinami, skakałem z bandżi, ze spadochronu, wchodziłem do klatek z krokodylami…ale muszę przyznać, że zimowa sytuacja ze szczytu do przyjemnych nie należała… Po odczekaniu burzy śniegowej,  po blisko prawie 3 godzinach siedzenia w lodowatej norze, postanowiliśmy wracać do chatki Seamans Hut. Kierowanie się w stronę Thredbo, bo taki był pierwotny plan, było zbyt niebezpieczne. Tak, więc kolejną noc spędziliśmy w ciepłym i bezpiecznym miejscu, gdzie mogliśmy posortować myśli i przeżycia, jak również zrobić plan powrotu.
Kończące się zapasy jedzenia zmusiły nas do wyruszenia z samego rana w stronę Charlotte Pass., w miejsce gdzie była już cywilizacja. Od chatki do Charlotte Pass jest niecałe 7 kilometrów ale kiedy widoczność jest na 1 metr, bardzo ciężko jest nawigować. Po blisko 3 godzinnym marszu, tradycyjnie już w wielkiej śnieżycy i bez jakiejkolwiek widoczności dotarliśmy do miejsca gdzie udało mi się połączyć przez krótkofalówkę ze strażnikami Parku Narodowego Kościuszko, skąd śniegowym pojazdem na gąsienicach przewieźli naszą grupę do Perisher Valley (słynny australijski ośrodek wypoczynkowy dla narciarzy). Z Perisher Valley przejechaliśmy podziemną górską kolejką (parę wagonów pociągowych, które ciągnięte są przez linę) do Bullock Flat, a dalej już podmiejskim autobusem do Jindabyne. Po sześciu dniach i pięciu nocach cała nasza grupa była totalnie wykończona.

Podczas wyprawy, pieszo pokonaliśmy trasę o długości ponad 40 kilometrów w ekstremalnie trudnych warunkach. Śmiało dzisiaj mogę powiedzieć, że pierwsza polska zimowa wyprawa na Kościuszkę śladami Strzeleckiego zakończyła się sukcesem. Co więcej na koniec muszę się pochwalić, że była to pierwsza zimowa wyprawa trasą Strzeleckiego w historii Gór Śnieżnych w Australii, która zakończyła się sukcesem. Z informacji udzielonych mi przez towarzystwo górskie w Geehi i Park Narodowy Kościuszko, dowiedziałem się, że tylko raz udało się przejść ludziom tą trasą, ale nie wspinali się przez Mt Townsend a trzymali się dokładnie szlaku o nazwie „Hannels Spur Track”, który z Byatts Camp podąża w kierunku Góry Kościuszki. Było to w latach 60-tych.
Nasza ekipa składała się z trzech osób: Mariusz Szłapak, Stefan Lewandowski i ja Oskar Kantor.
…I tak się właśnie powstał nasz klub – Strzelecki Hiking Club, przez ostatnie 2 lata, po oficjalnym zarejestrowaniu, klub rozrósł się do 25 członków…
www.strzeleckiclub.com